Jestę recenzentę

Tego i owego.

 

Blogerka

Autorka www.JakMalowany.pl

Kontakt: ana.matusevic[at]gmail.com

Julia Kameron: Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę? [fragment]

pytanie: Wiesz, ile będę miał lat, zanim nauczę się grać na fortepianie?

odpowiedź: Tyle, co wtedy, kiedy się nie nauczysz.

 

„Jestem za stara, żeby iść do szkoły filmowej“ – mówiłam sobie w wieku trzydziestu pięciu lat. Gdy się do niej dostałam, przekonałam się, że faktycznie mam o piętnaście lat więcej niż koledzy z roku. Odkryłam też, że mam silniejszy głód tworzenia, bogatsze doświadczenie życiowe i znacznie szybciej się uczę. Teraz, gdy sama wykładam w szkole filmowej, widzę, że do moich najlepszych uczniów należą ci, którzy zaczynają w późnym wieku.

 

„Jestem za stary, żeby zostać aktorem“ – często skarżą się studenci. Dodam, że z teatralną przesadą. Nie zawsze są zadowoleni, gdy zaprzeczam. Znakomity aktor John Mahoney zajął się aktorstwem tuż przed czterdziestką. Po dziesięciu latach obfitującej w sukcesy kariery dostaje angaże z wyprzedzeniem na trzy kolejne filmy i pracuje z najlepszymi reżyserami świata.

 

„Jestem za stary, żeby zostać prawdziwym pisarzem“ – to inna często spotykana skarga. Kolejny nonsens, przywoływany dla ratowania ego. Raymond Chandler zaczął publikować grubo po czterdziestce. Doskonała książka Jules i Jim była pierwszą powieścią człowieka przeszło siedemdziesięcioletniego.

 

Przyjrzyjmy się teraz przeciwnemu biegunowi: „Spróbuję, gdy będę na emeryturze”. Ciekawy wariant tej samej trasy nastawionej na ratowanie ego. Nasza kultura gloryfikuje młodość i przyznaje młodym prawo do eksperymentowania. Starców traktujemy lekceważąco, ale za to pozwalamy im na odrobinę szaleństwa.

 

Wielu zablokowanych twórców mówi sobie, że są za starzy, a równocześnie za młodzi, by realizować swoje marzenia. Starzy i zbzikowani mogliby spróbować. Młodzi i głupi mogliby spróbować. W jednym i drugim scenariuszu warunkiem koniecznym twórczych poszukiwań jest bzik. Nie chcemy wyjść na zbzikowanych. A spróbować czegoś takiego (co by to nie było) w naszym wieku (jaki by on nie był) wyglądałoby na wariactwo.

 

Możliwe.

 

MOJA WŁASNA PODRÓŻ

 

Pierwsze warsztaty rozwoju twórczego prowadziłam w Nowym Jorku. Robiłam to, ponieważ coś kazałomi to zrobić. Pewnego razu szłam brukowaną ulicą w Greenwich Village, skąpaną w pięknym popołudniowym świetle. Nagle dotarło do mnie, że powinnam zacząć uczyć ludzi - grupy ludzi - jak pozbyć się twórczych blokad. Może było to życzenie, które wyszeptał inny spacerowicz. W Greenwich Village jest więcej artystów – również zablokowanych – niż gdziekolwiek w Ameryce.

 

Może ktoś westchnął: „Muszę się odblokować”. A ja podchwyciłam tę myśl i odpowiedziałam: „Wiem, jak to zrobić”. W moim życiu zawsze pojawiały się silne wewnętrzne wytyczne. Nazywam je „rozkazami wymarszu“. W każdym razie nagle uświadomiłam sobie, że wiem, jak odblokowywać ludzi i że muszę się tym zająć, zaczynając od lekcji, które sama wcześniej przerobiłam.

 

Co to były za lekcje?

 

W styczniu 1978 roku przestałam pić. Nigdy nie uważałam, że to alkohol czyni mnie pisarką, ale wówczas znienacka pojawiła się myśl, że jeśli nie będę pić, to przestanę pisać. W moim umyśle pisanie zawsze szło z piciem w parze jak, nie przymierzając, whisky z wodą sodową. W moim wypadku sztuczka polegała na tym, by oszukać lęk i przelać słowa na papier. Bawiłam się w wyścig z czasem, próbując pisać, nim zamroczy mnie alkohol i twórcze źródełko wyschnie.

 

Zanim dobiegłam trzydziestki i raptownie wytrzeźwiałam, miałam własne biuro na terenie wytwórni Paramount i na uprawianej w taki sposób twórczości zbudowałam karierę. Była to twórczość spazmatyczna. Twórczość, która owszem, tryskała, ale nierówno, jak krew z uszkodzonej tętnicy. Dziesięć lat pisarstwa nie nauczyło mnie niczego poza rzucaniem się na oślep na kolejne zadania i waleniem głową w mur. Jeśli twórczość miała wtedy dla mnie jakikolwiek sens duchowy, to tylko taki, że przypominała ukrzyżowanie. Kaleczyłam się o ciernie prozy. Krwawiłam.

 

Gdybym była w stanie dalej pisać w ten sam przysparzający cierpienia sposób, na pewno robiłabym to do dziś. W tygodniu, kiedy przestałam pić, w ogólnokrajowych czasopismach, ukazały się dwie moje publikacje, ukończyłam scenariusz filmu fabularnego i miałam problem alkoholowy, z którym przestałam sobie radzić.

 

Mówiłam sobie, że jeśli trzeźwość ma oznaczać brak twórczości, to nie chcę trzeźwieć. Zdałam sobie jednak sprawę, że dalsze picie w końcu zabije i mnie, i twórczość. Musiałam się nauczyć pisać na trzeźwo – albo na zawsze zrezygnować z pisania. Po prostu musiałam znaleźć nową ścieżkę twórczą. I od tego zaczęła się moja nauka.

 

Nauczyłam się powierzać swoją twórczość jedynemu bogu, w jakiego byłam skłonna uwierzyć – bogu twórczości, sile życiowej, którą Dylan Thomas nazywał „siłą, która biegnie przez zielony lont, by wybuchnąć kwiatem”. Uczyłam się usuwać się tej sile twórczej z drogi i pozwalać, by działała przeze mnie. Nauczyłam się siadać nad kartką i zapisywać to, co słyszałam. Pisanie zaczęło bardziej przypominać podsłuchiwanie niż konstruowanie bomby atomowej. Przestało być skomplikowaną operacją i nie groziło już w każdej chwili wybuchem. Nie musiałam być w odpowiednim nastroju. Nie musiałam mierzyć emocjonalnej temperatury, by sprawdzić, czy zbliża się natchnienie. Po prostu pisałam. Bez targowania się. Dobrze, źle? Nie moja sprawa. Nie ja to robię. Przestałam być świadomą własnych ograniczeń autorką, więc pisałam swobodnie.

 

Patrząc wstecz, jestem zdumiona, że potrafiłam porzucić rolę artysty cierpiącego. Nic nie umiera z większym trudem niż fałszywe wyobrażenia. A trudno o wyobrażenia bardziej fałszywe niż te, które mamy na temat sztuki. Na mitycznego cierpiącego artystę możemy zwalić tak wiele: pijaństwo, rozwiązłość, problemy finansowe, bezwzględność czy skłonności autodestrukcyjne w sprawach osobistych. Przecież każdy wie, że artyści są bez grosza, stuknięci, rozwiąźli i niegodni zaufania! Gdyby było inaczej, jak bym się tłumaczyła?

 

Myśl, że mogłabym być normalna, trzeźwa, a zarazem twórcza, przerażała mnie. Oznaczałoby to bowiem, że odpowiedzialność spada na mnie. „Skoro mam takie dary, powinnam z nich korzystać?”. Owszem.

 

Szczęśliwie w moim życiu pojawił się wówczas inny zablokowany pisarz, z którym – i nad którym – pracowałam. Zaczęłam uczyć go tego, czego sama się uczyłam. (Usuń się z drogi. Niech to coś działa poprzez ciebie. Mnóż zapisane strony, a nie krytyczne oceny.) I on także zaczął się odblokowywać. Było nas już dwoje. Niebawem dopadłam kolejną „ofiarę”, tym razem malarkę. Narzędzia okazały się użyteczne również dla przedstawicieli sztuk wizualnych.

 

Byłam podekscytowana. W chwilach uniesienia wyobrażałam sobie, że staję się kartografem krainy twórczości, kreślącym na mapie drogę wyjścia z chaosu dla siebie i dla każdego, kto zechce pójść w moje ślady. Nigdy nie zamierzałam zostać nauczycielką. Złościłam się tylko, że sama nie miałam nauczyciela. Dlaczego muszę wszystkiego uczyć się sama metodą prób i błędów, raz po raz natrafiając na mur? Powinna istnieć, myślałam, jakaś metoda uczenia nas, artystów. Skróty i zagrożenia na szlaku mogłyby być jakoś oznakowane.

 

Takie myśli kłębiły się w mojej głowie podczas popołudniowych spacerów, kiedy syciłam oczy świetlnymi refleksami na rzece Hudson i kombinowałam, co by tu nowego napisać. I oto przychodzi rozkaz wymarszu: mam uczyć!

 

Nie minął tydzień, a zaoferowano mi posadę nauczycielską i miejsce do pracy w Nowojorskim Instytucie Sztuki Feministycznej, o którym nigdy dotąd nie słyszałam. Moja pierwsza grupa kursantek – zablokowanych malarek, pisarek, poetek i filmowców – zebrała się sama. Zaczęłam wykładać lekcje, które znajdziecie w książce.

 

Droga Artysty zaczęła się od notatek z zajęć, których spisywanie zlecił mi mój partner Mark Bryan. Gdy wieść o nich się rozniosła, zaczęłam rozsyłać materiały pocztą. Jeżdżący z wykładami jungista John Giannini wspominał o tych technikach, gdziekolwiek dawał odczyt - czyli najwyraźniej wszędzie. W ślad za jego rekomendacjami nadchodziły prośby o materiały. Uczniowie pojawiali się na całym świecie. „Przebywam w Szwajcarii na zlecenie Departamentu Stanu. Proszę mi przysłać...” No to słałam.

 

Materiały się rozrastały, rosła też liczba uczniów. W końcu, nakłaniana stanowczo przez Marka: „Spisz to wszystko. Możesz pomóc wielu ludziom. Z tego powinna być książka!”, zaczęłam nadawać moim przemyśleniom uporządkowaną formę. Ja pisałam, a Mark, który stał się moim współwykładowcą i ekonomem, wskazywał to, co pominęłam.

 

Notatki te przybrały w końcu postać planu odrodzenia twórczego na zasadzie „zrób to sam”. Narzędzia przedstawione w tej książce są procedurami reanimacyjnymi, takimi jak oddychanie „usta-usta” czy rękoczyn Heimlicha. Proszę, korzystajcie z nich i przekazujcie innym.

 

Wielokrotnie słyszałam coś w tym stylu: „Zanim przerobiłam twój kurs, byłam całkowicie odcięta od własnej kreatywności. A później stopniowo zaczęły dziać się cuda. Wróciłam do szkoły, żeby zrobić dyplom aktorski. Po raz pierwszy od lat idę na casting. Regularnie piszę, a co najważniejsze, wreszcie bez zażenowania nazywam siebie artystką“.

 

Wątpię, czy zdołam opisać wrażenie cudowności, którego doświadczam jako nauczycielka, kiedy widzę „przed” i „po” w życiu moich uczniów. Przeobrażenie fizyczne, jakie przechodzą już w trakcie kursu, bywa szokujące. W takich chwilach uświadamiam sobie dosłowność terminu „oświecenie”. Gdy uczestnicy kursów docierają  do własnej energii twórczej, ich twarze jaśnieją. Ta sama naładowana duchowością atmosfera, która emanuje z wielkich dzieł sztuki, może zaistnieć na zajęciach poświęconych rozwojowi twórczości. W pewnym sensie, ponieważ jesteśmy istotami twórczymi, nasze życie staje się dziełem sztuki.

 

NAPEŁNIANIE STUDNI

 

Sztuka posługuje się obrazami. Podczas aktu twórczego czerpiemy ze swojej wewnętrznej studni. Owa studnia - nasz zbiornik artystyczny - w idealnej sytuacji przypomina dobrze utrzymany staw rybny. Są tam ryby wielkie i małe, tłuste i chude – cała obfitość twórczych pomysłów czekających na odłów. My artyści musimy troszczyć się o artystyczny ekosystem. Jeśli go zaniedbamy, nasza studnia czy staw mogą ulec wyczerpaniu, zastojowi, zablokowaniu.

 

Każdy dłuższy okres pracy, każde większe dzieło, powoduje znaczne zużycie artystycznego zbiornika. Nadmierne czerpanie z niego, podobnie jak przeławianie stawu, zubaża dostępne nam zasoby. Nadaremnie wówczas próbujemy złowić pożądany obraz. Nasza kreatywność wysycha, a my zastanawiamy się: „Dlaczego właśnie teraz, gdy wszystko szło tak dobrze?”. Prawda jest taka, że kreatywność może wyschnąć właśnie dlatego, że funkcjonowała tak dobrze.

 

Musimy się nauczyć pielęgnować własne artystyczne ja. Musimy być na tyle czujni, aby świadomie i regularnie odnawiać swoje twórcze zasoby. Ponownie, można by rzec, zarybiać staw. Proces ten nazywam napełnianiem studni.

 

Napełnianie studni wiąże się z aktywnym poszukiwaniem obrazów, którymi będzie można uzupełnić swoje zasoby twórcze. Sztuka rodzi się z uwagi, a jej położną jest szczegół. Komuś może się wydawać, że źródłem sztuki jest ból, ale bywa tak po prostu dlatego, że ból pomaga skupić się na szczegółach (na przykład na pięknym aż do bólu wygięciu szyi utraconej kochanki). Może nam się wydawać, że sztuka to zamaszyste ruchy pędzla, ambitne projekty, wielkie plany. Jednak jej źródłem jest szczegół - prześladuje nas konkretny obraz i to on staje się treścią naszej sztuki. Nawet pośród najgłębszego cierpienia ten konkretny obraz budzi w nas zachwyt. Artysta, który twierdzi, że jest inaczej, kłamie.

 

By posługiwać się językiem sztuki, musimy się w nim rozgościć. Jest to język pozasłowny, nawet jeśli twoja sztuka polega na ubieraniu obrazów w słowa. Język artystyczny jest mową zmysłów, przeżytych doświadczeń. Pracując nad swoim dziełem, zanurzamy wiadro w studni własnych doświadczeń i wyciągamy z niej obrazy. Skoro tak, to musimy nauczyć się również napełniać ją obrazami. Jak to się robi?

 

Dolewamy nowe obrazy. Sztuka to działalność mózgu artystycznego. Mózg artystyczny operuje obrazami, jest źródłem i przystanią naszych najtrafniejszych impulsów twórczych. Do mózgu artystycznego nie da się skutecznie dotrzeć – ani go pobudzić – jedynie za pomocą słów. Mózg artystyczny to mózg zmysłowy: wzrokowy i słuchowy, zapachowy, smakowy i dotykowy. Wszystko to jest tworzywem magii, a właśnie magia jest żywiołem sztuki.

 

Przy napełnianiu studni myśl magicznie. Myśl zachwytem. Myśl zabawą. 

 

Nie myśl obowiązkiem. Nie rób tego, co „powinieneś” robić: na przykład ślęczeć nad nudnym, ale polecanym tekstem krytycznym. Rób to, co cię intryguje, zgłębiaj to, co cię interesuje; nie myśl o maestrii, ale o misterium, tajemnicy.

 

Tajemnica pociąga, prowadzi, wabi. (Obowiązek może natomiast otępiać, gasić zapał, sprawiać, że się „wyłączamy”.) Przy napełnianiu studni kieruj się przeczuciem tajemnicy, a nie przydatnością. Tajemnice mogą być bardzo proste: co zobaczę, jeśli tym razem pojadę inną drogą? Zmiana trasy zanurza nas w teraźniejszości. Na nowo skupiamy się na świecie widzialnym, odbieranym zmysłem wzroku. (...)

 

Napełnianie studni nie zawsze musi być poszukiwaniem nowości. Studnię można napełnić przez gotowanie. Kiedy siekamy warzywa, kiedy je obieramy, to samo robimy ze swoimi myślami. Pamiętaj: sztuka jest działalnością mózgu artystycznego. Dociera się do niego przez rytm i rym, a nie przez rozum. Skrobanie marchewki czy obieranie jabłka są – dosłownie - naszą strawą duchową.

 

Studnię uzupełnia każda regularna, powtarzalna czynność. Pisarze spotkali się zapewne z wyciskającymi łzy opowieściami o siostrach Brontë i nieszczęsnej Jane Austen, które musiały ukrywać swoje opowiadania pod tamborkiem. Drobny eksperyment z zajęciami domowymi rzuca na sprawę nowe światło. Szycie i cerowanie, czynności z natury regularne i powtarzalne, działają na wewnętrznego artystę kojąco, a równocześnie stymulująco. Szyjąc, nieraz zszywamy luźne wątki fabuły. „Szew” brzmi podobnie jak „siew”, a gdzie siew, tam i plon.

 

„Dlaczego najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy pod prysznicem?“ – podobno spytał kiedyś zirytowany Einstein. Na to pytanie odpowiadają współczesne badania: branie prysznica jest zajęciem angażującym artystyczną część mózgu.

 

Prysznic, pływanie, pucowanie, polerowanie, prowadzenie samochodu – tyle słów na „p”! – wszystko to czynności regularne i powtarzalne, które przełączają nas z mózgu logicznego na bardziej twórczy mózg artystyczny. Rozwiązania śliskich problemów mogą się wynurzyć z wody, w której zmywamy naczynia, albo wyskoczyć zza zakrętu szosy...

 

Przekonaj się, która z tego typu czynności najlepiej sprawdza się w twoim przypadku, i korzystaj z niej. Wielu artystów odkryło, że warto wozić w samochodzie notes albo dyktafon. Steven Spielberg utrzymuje, że absolutnie najlepsze pomysły przychodziły mu do głowy na autostradzie. To nie przypadek. Klucząc w strumieniu pojazdów, zanurzał się jako artysta w nieprzerwanym, wiecznie zmiennym strumieniu obrazów. Obrazy uaktywniają mózg artystyczny. I napełniają studnię.

 

Kluczowe znaczenie dla napełnienia studni ma koncentracja. Życiowym doświadczeniom trzeba wyjść na spotkanie, a nie ignorować je. Wielu z nas filtruje swoją świadomość, oddając się kompulsywnemu czytaniu. W zatłoczonym (a więc interesującym) pociągu pochylamy się nad gazetą, nie zwracając uwagi na otaczające nas widoki i dźwięki – obrazy, które mogłyby uzupełnić naszą studnię.

 

Wyrażenie „blokada twórcza” należy rozumieć dosłownie. Blokady trzeba wykrywać i usuwać. Najbardziej niezawodną metodą jest napełnianie studni.

 

Sztuka to gra wyobraźni na boisku czasu. Włącz się do gry.